PRZYSIĘGA WOJSKOWA
- poniedziałek 20 Luty 2012
- Zostaw komentarz
Na ten dzień czekaliśmy chyba wszyscy z wielką niecierpliwością. Po wielu tygodniach ćwiczeń i godzin spędzonych na szlifowaniu musztry doczekaliśmy się przysięgi wojskowej. 11 czerwca 1994 roku, jak co dzień, punktualnie o 6:30 na kompanii ogłoszono pobudkę. Jednak tym razem wszyscy wstawali z łóżek bardzo podekscytowani. Każdy z nas myślami był już w domu. Po toalecie porannej i śniadaniu ustawiliśmy się przed szatnią mundurową w celu pobrania mundurów wyjściowych oraz czarnych butów desantowych. Szło nam to nad wyraz sprawnie, żeby jak najszybciej wydostać się z koszar. Stary 266 były podstawione o 9:00, żeby nas przetransportować do Krakowa gdzie na Błoniach miała się odbyć nasza przysięga wojskowa. Było to dosyć duże przedsięwzięcie, bo ta przysięga była organizowana brygadowo. To znaczy, że oprócz nas brali w niej udział żołnierze z 16 batalionu powietrzno desantowego z Krakowa oraz ci którzy swoją służbę pełnili w 18 batalionie desantowo szturmowym w Bielsku Białej . Całością składu osobowego spotkaliśmy się na miejscu. Przy asyście orkiestry wojskowej zrobiliśmy próbę generalną, która wypadła bardzo dobrze i teraz nie pozostało nam nic innego jak czekać na uroczystość główną. Z każdą minutą tłum gęstniał, a nam serca waliły jak miech kowalski. Do mojego przyjaciela Darka wysłałem w jednej paczce 30 zaproszeń z prośbą, żeby porozdawał je osobom, które chciałem zaprosić na przysięgę. Nawet przez chwilę martwiłem się czy oni wszyscy się pomieszczą. Już sobie wyobrażałem moich rodziców, kolegów i Sylwię stojących w pierwszym rzędzie. W końcu wybiła godzina 11:00 i trzeba było zaczynać. Prowadzący orkiestrę zaczął wymachiwać tym swoim kijem w górę w dół i na boki. Podobno dlatego, żeby pozostali grajkowie wiedzieli z jaką częstotliwością uderzać w te swoje bębenki i z jaką siłą dmuchać w trąbki. Nawet im to wychodziło, więc jak widać machanie dzidą miało sens. Zrobiliśmy wzorcową defiladę . Byłem dumny jak jasna cholera. Maszerowałem z wypiekami na policzkach wypatrując rodziców i kolegów którzy do mnie przyjechali. Z dala dostrzegłem mamę która, machała co chwila do innego żołnierza. Widać nie mogła się zdecydować, który to jej syn. No, ale można jej to wybaczyć. Wszyscy wyglądaliśmy tak samo. Każdy miał ten sam mundur, te same buty i fryzurę o wzorze zaplanowanym przez armię. W końcu mnie dostrzegli. Fajne uczucie. Zacząłem się rozglądać, żeby wyłowić wzrokiem z tłumu moich przyjaciół i Sylwię. Niestety nie udało się ich dostrzec. Po defiladzie ustawiliśmy się pododdziałami w kolumnach czwórkowych na środku placu. Teraz przyszła kolej na przemówienia i lanie wody przez wszystkich, którzy znajdowali się na trybunie honorowej i mieli swoje 5 minut żeby zabłysnąć. A trochę ich tam było. Poza generalicją pofatygował się nawet sam minister obrony narodowej i jakiś spasiony Biskup. Kiedy skończyli wszyscy odetchnęli z ulgą. Padła komenda pododdziałami odmaszerować, co niezwłocznie uczyniliśmy. Szybko pozdawaliśmy broń do skrzyń, pobraliśmy od szefa kompanii przepustki jednorazowe i zaczęliśmy szukać swoich bliskich. Ja znalazłem dosyć szybko, bo jak się okazało nie było zbyt wiele osób do odszukania. Okazało się, że mój przyjaciel zapomniał rozdać zaproszeń które przez niego chciałem dostarczyć znajomym. Tak więc na przysięgę przyjechali tylko rodzice i sąsiad który dowiedział się od nich że jadą. Sylwia i wszyscy znajomi zostali w domu. Nie muszę chyba opisywać co wtedy czułem. Darek załatwił mnie na perłowo.









