PRZYSIĘGA WOJSKOWA

Na ten dzień czekaliśmy chyba wszyscy z wielką niecierpliwością. Po wielu tygodniach ćwiczeń i godzin spędzonych na szlifowaniu musztry doczekaliśmy się przysięgi wojskowej. 11 czerwca 1994 roku, jak co dzień,  punktualnie o 6:30 na kompanii ogłoszono pobudkę. Jednak tym razem wszyscy wstawali z łóżek bardzo podekscytowani. Każdy z nas myślami był już w domu. Po toalecie porannej i śniadaniu ustawiliśmy się przed szatnią mundurową w celu pobrania mundurów wyjściowych oraz czarnych butów desantowych. Szło nam to nad wyraz sprawnie, żeby jak najszybciej wydostać się z koszar. Stary 266 były podstawione o 9:00, żeby nas przetransportować do Krakowa gdzie na Błoniach miała się odbyć nasza przysięga wojskowa. Było to dosyć duże przedsięwzięcie, bo ta przysięga była organizowana brygadowo. To znaczy, że oprócz nas brali w niej udział żołnierze z 16 batalionu powietrzno desantowego z Krakowa oraz ci którzy swoją służbę pełnili w 18 batalionie desantowo szturmowym w Bielsku Białej . Całością składu osobowego spotkaliśmy się na miejscu. Przy asyście orkiestry wojskowej zrobiliśmy próbę generalną, która wypadła bardzo dobrze i teraz nie pozostało nam nic innego jak czekać na uroczystość główną. Z każdą minutą tłum gęstniał, a nam serca waliły jak miech kowalski. Do mojego przyjaciela Darka wysłałem w jednej paczce 30 zaproszeń z prośbą, żeby porozdawał je osobom, które chciałem zaprosić na przysięgę. Nawet przez chwilę martwiłem się czy oni wszyscy się pomieszczą. Już sobie wyobrażałem moich rodziców, kolegów i Sylwię stojących w pierwszym rzędzie. W końcu wybiła godzina 11:00 i trzeba było zaczynać. Prowadzący orkiestrę zaczął wymachiwać tym swoim kijem w górę w dół i na boki. Podobno dlatego, żeby pozostali grajkowie wiedzieli z jaką częstotliwością uderzać w te swoje bębenki i z jaką siłą dmuchać w trąbki. Nawet im to wychodziło, więc jak widać machanie dzidą miało sens. Zrobiliśmy wzorcową defiladę . Byłem dumny jak jasna cholera. Maszerowałem z wypiekami na policzkach wypatrując rodziców i kolegów którzy do mnie przyjechali. Z dala dostrzegłem mamę która, machała co chwila do innego żołnierza. Widać nie mogła się zdecydować, który to jej syn. No, ale można jej to wybaczyć. Wszyscy wyglądaliśmy tak samo. Każdy miał ten sam mundur, te same buty i fryzurę o wzorze zaplanowanym przez armię. W końcu mnie dostrzegli. Fajne uczucie. Zacząłem się rozglądać, żeby wyłowić wzrokiem z tłumu moich przyjaciół i Sylwię. Niestety nie udało się ich dostrzec. Po defiladzie ustawiliśmy się pododdziałami w kolumnach czwórkowych na środku placu. Teraz przyszła kolej na przemówienia i lanie wody przez wszystkich, którzy znajdowali się na trybunie honorowej i mieli swoje 5 minut żeby zabłysnąć. A trochę ich tam było. Poza generalicją pofatygował się nawet sam minister obrony narodowej i jakiś spasiony Biskup. Kiedy skończyli wszyscy odetchnęli z ulgą. Padła komenda pododdziałami odmaszerować, co niezwłocznie uczyniliśmy. Szybko pozdawaliśmy broń do skrzyń, pobraliśmy od szefa kompanii przepustki jednorazowe i zaczęliśmy szukać swoich bliskich. Ja znalazłem dosyć szybko, bo jak się okazało nie było zbyt wiele osób do odszukania. Okazało się, że mój przyjaciel zapomniał rozdać zaproszeń które przez niego chciałem dostarczyć znajomym. Tak więc na przysięgę przyjechali tylko rodzice i sąsiad który dowiedział się od nich że jadą. Sylwia i wszyscy znajomi zostali w domu. Nie muszę chyba opisywać co wtedy czułem. Darek załatwił mnie na perłowo.

PRZYGOTOWANIA DO PRZYSIĘGI WOJSKOWEJ

Na dzień przed przysięgą wojskową, na kompanii panowała nerwowa atmosfera. Od rana było, szlifowanie musztry, formowanie kolumny czwórkowej i oddawanie honorów w marszu. Z placu apelowego zeszliśmy późnym popołudniem i od razu przystąpiliśmy do pobierania z szatni mundurów wyjściowych oraz czarnych butów desantowych. Musieliśmy sprawdzić czy wszystkie emblematy są prosto przyszyte, a mundury czyste. Wieczorem dowódca zapowiedział zbiórkę i osobistą kontrolę pod względem przygotowania do przysięgi wojskowej. Gdy wszedłem do szatni chcąc pobrać swoje rzeczy zauważyłem, że w miejscu gdzie znajdowały się moje nowe lśniące buty, stoją jakieś poniszczone buciory (na pewno nie moje). Lekko się wkurwiłem. Jak to się mogło stać? Szatnia jest zamykana na klucz i plombowana, a w oknach znajdują się kraty. To co, kurwa, moje buty wyparowały a krasnoludki przyniosły mi stare trepy? No, nie, to trzeba wyjaśnić. Poszedłem do kaprala który sprawował nadzór nad szatnią mundurową. Zbliżając się do niego już z dala zauważyłem, jego nowe połyskujące czarne buty desantowe (dokładnie takie jak mi wcięło). Panie kapralu, szeregowy elew Pałucki melduje się z powiadomieniem. Co jest? – wykazał duże zainteresowanie kapral. Melduję, że ktoś mi  dźwignął moje buty z szatni. Co ty nie powiesz? – kapral zapytał zdziwiony. Wtedy już przeczuwałem, że to właśnie on mi je zajebał. Na szczęście moje buty były podpisane. Panie kapralu, chciałbym zauważyć, że moje buty znajdują się na pana nogach. Pewnie przez pomyłkę wziął je pan z szatni – rżnąłem głupka. Taaaak? – zapytał bez najmniejszego zakłopotania. A jak to możemy sprawdzić? Teraz to się ucieszyłem. Wystarczy że pan kapral ściągnie prawego buta, a tam od wewnątrz na języku są one podpisane moim nazwiskiem. Kapral bez mrugnięcia okiem ściągnął prawego buta i podał mi go. Odchyliłem język i znalazłem podpis  – PAŁUCKI. I co, mówię? Jest napisane Pałucki? Kapral bez słowa ściągnął lewego buta, odchylił język i pokazał mi napis. I co, odparł nie zmieszany? Jest napisane Krajewski?  To bezczelny psi kutas, pomyślałem. Kutas i do tego złodziej. Wtedy zrozumiałem, że moje buty poszły się jebać. Nikomu o tym nie wspomniałem, żeby po kompanii się nie rozniosło. Wtedy każdy by swoich butów pilnował jak oka w głowie, a ja straciłbym szansę na uzupełnienie braków. Okazja przydarzyła się pół godziny później. Jeden z żołnierzy poszedł do łazienki ułożyć na mokro swój czerwony beret, zostawiając buty na korytarzu bez żadnej kontroli. To był jego poważny i największy błąd. Już po chwili na miejscu gdzie znajdowały się jego nowe lśniące buty desantowe stały stare zużyte trepy. Nie wiem jak to w armii jest, ale na przysiędze wszyscy mieli nowe buty. Cuda się jednak zdarzają ale tylko w wojsku.

ZASADZKA PRZY KONDOMIARNI CZĘŚĆ 2 – URWANY PALEC

Piwko wciągnęliśmy pod drzewami w lesie. Dzięki uprzejmości miejscowych, nie musieliśmy w umundurowaniu i z giwerami na plecach ładować się do knajpy. Dwóch miejscowych żuli widząc wiszące żołnierskie języki od razu wiedziało o co chodzi. Zaproponowali, że skoczą do baru i przyniosą browarki w pięciolitrowych baniakach. Tak też się stało. Jednak co dobre szybko się kończy. Pora była iść zrobić tą zasadzkę. Do planowanego miejsca ataku nie było daleko i po kilkunastu minutach byliśmy u celu. Dowódcy drużyn szybko podzielili zadania, a my przystąpiliśmy do ich realizacji. Pozakładaliśmy zamaskowane ładunki wybuchowe na drodze, robiąc odciągi do miejsca z którego poczęstujemy naszych gości ogniem karabinów maszynowych. Potem zabraliśmy się za przygotowanie naszych stanowisk strzeleckich. Gdy wszystko było gotowe zameldowaliśmy wykonanie zadania. Dzisiejszą zasadzkę miała rozpocząć długa seria z karabinu maszynowego ścinająca z nóg, szpicę składającą się z dwóch szperaczy. Kapral Jan W. miał rzucić w kierunku napadanego przez nas plutonu petardy zastępujące na ćwiczeniach granaty bojowe. Wszystko było ustalone i pozostało tylko oczekiwać  w ukryciu na sygnał do ataku. Po kilku chwilach zauważyliśmy szperaczy wroga, robiących rozpoznanie terenu. Długo sobie tego terenu nie rozpoznawali bo zgodnie z rozkazem zostali zdjęci. Wtedy się zaczęło. Posypała się lawina ognia z karabinków maszynowych w kierunku zdezorientowanego plutonu. Kapral W. wydobył z kamizelki taktycznej petardę, wyciągnął zawleczkę i ….  Nie zdążył jej rzucić. Petarda wyjebała mu w ręce odrywając kciuka i łamiąc cztery pozostałe palce. Janek stał zdziwiony. Musiał być w szoku nie kumając co się stało. Pytał łamiącym się głosem czy ma rozcięty palec bo czuje piekielny ból. Skąd mogliśmy wiedzieć czy ten palec jest rozcięty czy nie skoro nie umieliśmy go znaleźć. Jak mu powiedzieliśmy, że szukamy zguby to zemdlał. On chyba nie wiedział, że stan palców w jednej ręce mu się nie zgadza. Wszyscy zaczęli nerwowo szukać oderwanego kciuka.  Po chwili znalazł się w trawie. Spakowaliśmy go do pudełka nabojach. Janka, który co chwilę mdlał wzięliśmy na ręce i zmieniając się nieśliśmy biegiem do najbliższej szosy. Na drodze machaliśmy na nadjeżdżające samochody, ale wszyscy omijali nas szerokim łukiem widząc, że z Janka krew sika jak fontanna. W końcu któryś z żołnierzy nie wytrzymał i stając na środku drogi wycelował w nadjeżdżającego kierowcę (magazynek miał pusty, ale hamujący gwałtownie kierowca tego nie wiedział). Kierującemu pojazdem została złożona propozycja nie do odrzucenia. Oczywiście zgodził się zawieźć Janka do szpitala, choć nie był najbardziej szczęśliwym człowiekiem na świecie. Zajęcia taktyczne na ten dzień były zakończone, a my udaliśmy się do koszar wojskowych (tym razem z buta  a nie pociągiem). Janek wrócił na kompanię dopiero po kilku miesiącach. Wpadł tylko na chwilę, rozliczyć się z jednostką i postawić pożegnalną flaszkę. Dostał rentę i był zmuszony odejść z czerwonych beretów. Kciuka mu przyszyli, ale nie bardzo mógł nim ruszać. Tak czy tak lekarz musiał być nie lada fachowcem, bo nie mając na wzór naszego kieliszka z którego smyczyliśmy gorzałę, palec przyszył mu idealnie na jego miarę. Od tej pory Jasiu miał rękę przystosowaną do picia. Mógł bez poruszania palcami wsuwać i wysuwać kielonek bez milimetra luzu.

ZASADZKA PRZY KONDOMIARNI CZ. 1 – TRANSPORT

Tym razem na szkoleniu taktycznym mieliśmy ćwiczyć zasadzkę. Ćwiczenie to miało się odbyć w rejonie puszczy niepołomickiej nieopodal fabryki elementów gumowych, potocznie nazywanych przez żołnierzy kondomiarnią. Założenie było takie że 2 pluton ma zorganizować zasadzkę na pluton pierwszy. Mój,  czyli drugi pluton składał się z 29 żołnierzy i trzech kaprali, którzy byli dowódcami drużyn. Na miejsce musieliśmy dotrzeć wcześniej niż inni, żeby przygotować kolegom przywitanie ogniowe.  Wtedy właśnie zrodził się pomysł, żeby podjechać pociągiem dwie stacje. Było to wbrew wszystkim regulaminom i przepisom, ale za to jakie wygodne. Nie trzeba było z buta zapierdzielać tylu kilometrów, a zaoszczędzony czas można było przeznaczyć na wypicie piwa w barze koło Staniątek. Same plusy. Dowódcy drużyn podszyci strachem, nie bardzo chcieli przystać na nasz pomysł, ale obietnica darmowego piwka zrobiła swoje. Na przyjazd pociągu oczekiwaliśmy pochowani w krzakach przylegających do małej stacyjki kolejowej. Byliśmy podzieleni na trzy grupy. Każda miała za zadanie opanować jeden przedział (tak, żeby nie było tłoku). Na sygnał żołnierza będącego na czatach ruszyliśmy do natarcia. Był to żółty, podmiejski skład osobowy. Wszystko szło gładko. Nie przewidzieliśmy tylko jednego, że pociąg ten będzie nabity po sam sufit. Gdy drzwi się rozsunęły wszyscy, walnęli niezłego karpia. My bo nie wzięliśmy pod uwagę takiego tłoku, a pasażerowie, bo nie spodziewali się takich pasażerów. Cały nasz pluton szturmowy, był ubrany w mundury polowe i plecaki wojskowe. Na nogach mieliśmy buty desantowe, a na głowach hełmy zamaskowane gałązkami drzew. Twarze były wymalowane czarną farbą maskującą, a w rękach trzymaliśmy długą broń automatyczną potocznie nazywaną kałachem.  Chyba zrobiło to na podróżnych duże wrażenie, bo zbaranieli i zaniemówili jednocześnie. Wykorzystaliśmy ten element zaskoczenia, żeby się wpakować do środka. Ciasno było jak jasna cholera, ale ludzie raczej odsuwali się od nas, więc brak miejsca specjalnie nam nie doskwierał. Raz tylko jakiś pan poprosił grzecznie, żeby wyciągnąć lufę spomiędzy jego pośladków, bo go uwiera. A tam zaraz uwiera, pomyślałem. Pewnie się bał o własne klejnoty. W sumie to skąd mógł wiedzieć, że mamy podpięte puste magazynki. Z drugiej strony jakby tak coś przez przypadek wypaliło, to jaj by szukał na stacji końcowej (bez gwarancji, znalezienia). Biorąc to wszystko pod uwagę żołnierz spełnił prośbę współtowarzysza podróży i wyciągnął mu lufę z tyłka. W takiej miłej atmosferze dojechaliśmy na miejsce. Drzwi się otworzyły a my opuściliśmy przedziały w mgnieniu oka, chowając się do przydrożnego przykopu. Pociąg ze stoickim spokojem ruszył w dalszą trasę, zostawiając nas daleko za sobą. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Teraz przyszła kolej na zimnego browarka.  Zasadzka nie zając nie ucieknie.

PIERWSZY SKOK ZE SPADOCHRONEM

Samochody zatrzymały się i zaczęliśmy wyskakiwać na zewnątrz. Po krótkiej zbiórce pobiegliśmy pobierać swoje spadochrony z przyczep. Potem ustawialiśmy się w rzędach po 10 skoczków. Tak ustawieni ubieraliśmy się w spadochron główny i zapasowy. Teraz czekała nas kontrola. Instruktor odpowiedzialny w tym dniu za skoki, sprawdzał zapięcie uprzęży przy spadochronie. Widać wszystko było w porządku, bo ja i dziewięciu moich kolegów przeszło kontrolę bez problemu. Z oddali dobiegł nas warkot zapalanych silników. Wtedy po raz pierwszy poczułem strach. Silnik w samolocie pracował nie równo, dusił się, prychał, przygasał i znów pracował nie równo. No to kurwa, pięknie. Jeszcze nie wystartujemy a już się rozdupczymy. Odeszła mi ochota wchodzenia do tego złomu. Niestety nikt mnie nie pytał na co mam ochotę. Mój wylot był drugi w tym dniu. Samolot kaszląc i prychając podkołował. Pierwszy rząd postań! – padła komenda. Do samolotu biegiem marsz. Biegliśmy, ale jakoś tak mało ochoczo. Strach dawał się we znaki, a pośladki były tak ściśnięte, że można było łupać orzeszki laskowe. Wbiegliśmy do środka (nie było innego wyjścia). Zajęliśmy miejsca. Ja siedziałem jako trzeci na lewo. Instruktor zamknął ciężkie drzwi, silnik zawył jak wściekły i samolot ruszył przed siebie powoli wzbijając się w powietrze. Po kilku minutach osiągnęliśmy pułap 800m. Instruktor pokładowy pozapinał nam karabińczyki o stalową linę w samolocie, żeby po wyjściu na zewnątrz otworzył nam się stabilizator. Samolot nie przerwanie, pierdział, prykał ,gasł i znów zapalał. Odruchowo spojrzałem przez okienko znajdujące się za moimi plecami. Na skrzydle dostrzegłem nit łączący dwa elementy. Kręcił się wokół własnej osi i widać było, że jest poluzowany. Nagle zrobił takie długie bzzzzzzz i poszedł w pizdu. Teraz to już faktycznie strach mnie przeleciał. Jak już z tego grata wylatują nity to najwyższa pora wysiadać. Pokładowy wstał, otworzył drzwi i kazał pierwszemu żołnierzowi się w nich ustawić. Paweł miał ze strachu, tak wielkie oczy, że zachodziła obawa nie zmieszczenia się drzwiach. Na szczęście jakoś poszło. Nagle światło nad drzwiami zmieniło kolor z czerwonego na zielony i zaczęło się. Instruktor rytmicznie klepał każdego w hełm i krzyczał: skok, skok. Doszedłem do drzwi, chwyciłem się lewą ręką burty samolotu i po klepnięciu w hełm i komendzie skok wyrwałem do przodu. I dobrze bo bałem się dalej lecieć tym zdechlakiem. Powietrze mnie zasysało i czułem jak przepadam w dół. Odliczyłem trzy sekundy do otwarcia spadochronu: sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy. Pociągnąłem za uchwyt. Czasza spadochronu zaczęła się powoli napełniać. Zorientowałem się w grupie i w terenie. Wszystko było. Wokoło panowała błoga cisza. Opadanie nie trwało zbyt długo. Widziałem zbliżająca się ziemię. Złożyłem nogi razem w kostkach i kolanach i przygotowałem się do lądowania. Kilkanaście sekund później przywaliłem w ziemię. Byłem szczęśliwy, że żyję. Spojrzałem do góry, a samolot nadal leciał (wytrzymały grat).

PRZYGOTOWANIA DO PIERWSZEGO SKOKU

Szkolenie spadochronowe dobiegło końca i teraz pozostało nam tylko czekać na ten pierwszy raz. Dwa dni później przyszła ze sztabu pozytywna decyzja. Oznaczało to, że następnego dnia wyruszamy na lotnisko. Pierwszy skok oddałem na lotnisku Pobiednik, niedaleko Niepołomic. Pobudka tego dnia była już o 3 w nocy. Nie było, zaprawy porannej, ani przesadnych rejonów. Po śniadaniu przemaszerowaliśmy na dolny obiekt gdzie znajdowała się spadochroniarnia. Tam każdy z nas pobrał swój spadochron główny D-5 oraz zapasowy, pakując go do parcianej torby desantowej. Dodatkowym wyposażeniem był nóż spadochronowy do ewentualnego cięcia linek spadochronu oraz automat KAP-3 służący do awaryjnego otwarcia zamków spadochronu. Cały ten nasz ekwipunek zapakowaliśmy na specjalne przyczepy desantowe, które ciągnięte za wojskowym Starem 266 jechały na lotnisko. Wszyscy żołnierze biorący udział w skokach byli ubrani w mundury oraz czarne wojskowe buty desantowe. Na głowie obowiązkowo trzeba było mieć hełm. Tak ubrani zapakowaliśmy się na Stara i punktualnie o 5:00 ruszyliśmy z 6bdsz na lotnisko Pobiednik. Po 20 minutach byliśmy na miejscu. Z dala zauważyłem stojące w oddali dwa samoloty An-2. To takie dwupłatowce które zabierają na pokład 10 skoczków, jednego instruktora i dwóch członków załogi.

CZERWONE BERETY

MYSZKA DEZERTER

Minęło kilka dni i znów trzeba było skoczyć po myszki dla naszego kompanijnego pytona (zgłodniało biedactwo). Tym razem kolej padła na mnie. Do Krakowa pojechałem w wyglancowanym mundurze wyjściowym i wypastowanych na wysoki połysk butach desantowych. Pas z dużą klamrą WP i czerwony beret na głowie dopełniały całości. Oficjalnie nie było żadnych wyjazdów żołnierzy po myszy. Każdy z nas zapisywał się dzień wcześniej do Wojskowego Szpitala Klinicznego w Krakowie na badania. Tak więc trasa po obiad dla gada wiodła przez szpital. Trzeba było zaliczyć byle jaką wizytę lekarską lub badania i szybko zasuwać po myszki. Przeważnie kupowaliśmy dwie sztuki. Tym razem było tak samo. Dałem pani wyliczone pieniądze w zamian zabierając kartonowe pudełeczko z obiadem Jazona. Do Niepołomic wracałem tramwajem nr 15, a następnie autobusem. Trasa przebiegała spokojnie do czasu kiedy nie przesiadłem się do autobusu. Był duży tłok, ale jakoś udało mi się znaleźć miejsce siedzące przy oknie. Nie wiem jak to się stało, ale chyba przyciąłem komara. W pewnym momencie na równe nogi poderwał mnie krzyk kobiety. Odruchowo spojrzałem do pudełka. O kurwa, pomyślałem! Jedna mysz zdezerterowała. Nie czekając na nic, wręczyłem współpasażerowi do pilnowania pudełko z pozostała myszką i dałem nura w dół szukając zbiega. Atmosfera była napięta jak baranie jaja. Baba krzyczała, ludziska się tłoczyli, a ja na kolanach szukałem zbiega. Miałem nadzieję, że nikt mi nie uszkodzi pierwszego dania. W końcu ją dopadłem. Była tak wykończona, że nie potrafiła uciekać. Widocznie ktoś ją delikatnie przydepnął (było poznać na białym futerku). Wtedy żałowałem, że nie wziąłem czarnej wersji kolorystycznej. Na białym wszystko widać. No, ale nie czas na pierdoły. Wiedziałem jedno, że myszka musi żyć, bo inaczej szef mnie zajebie. Oczyściłem ją starannie, żeby nie było widać śladów obuwia. Do jednostki pędziłem co sił w nogach, chciałem zdążyć przed naturalnym zgonem. Wiedziałem, że jak zagęszczę ruchy a gadzina dokona konsumpcji to dowodu mojego zaniedbania nie będzie. No i chuj bombki strzelił. Tuż przed samą bramą z napisem Wojsko Polskie, myszka zeszła. Nie było czasu, żeby jakąś polną myszkę złapać na zastępstwo. Nie miałem innego wyjścia i musiałem się przyznać co zaszło. Wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie. Szef był wkurwiony, widziałem to. Moje tłumaczenia go mało interesowały. Przez najbliższe dwa dni Rozkaz Dzienny pisałem w masce przeciwgazowej.

JAK TO ROBIĄ WĘŻE

Gdy byłem u szefa kompanii w kancelarii zauważyłem, że na stole ma duże terrarium w którym hodował pytona królewskiego o imieniu Jazon. Jazon miał super życie i niejeden elew mu zazdrościł. Spał całymi dniami wygrzewając się pod specjalną lampą. Budził się tylko po to żeby wrąbać posiłek składający się z dwóch białych myszek (koniecznie żywych).Żołnierze mieli rozpisane dyżury i co kilka dni jeździli do Krakowa po „obiad” dla Jazona. Po unitarce przejąłem ten obowiązek i sam dowoziłem koryto. Ale o tym opiszę w osobnym artykule, bo temat jest dosyć ciekawy. Któregoś dnia szef kompanii został dłużej w pracy, żeby zakwaterować dwóch podchorążych z Wyższej Szkoły Oficerskiej we Wrocławiu, przybyłych do nas na praktyki. Bażanty, bo tak w wojskowym żargonie nazywano podchorążych stawili się punktualnie o 17:00. Szef przyjął ich u siebie w kancelarii częstując jakąś suchą gadką na przywitanie. Zawołał mnie do siebie, żebym sparzył po herbacie. Widziałem, że bażanty dwoiły się i troiły, żeby jakoś dobrze wypaść, pytając szefa o różne rzeczy. Artur zbywał ich jak tylko mógł, ale nie skutkowało. Podchorążowie byli odporni i nie dawali za wygraną. W końcu jeden z nich podszedł bliżej terrarium, pochylił się i przyglądał dłuższą chwilę, żeby w końcu wypalić ni z gruchy ni z pietruchy. Ciekawe jak się takie węże rozmnażają? Normalnie, odpowiedział szef nie zdradzając żadnych emocji, przez dupczenie. O mało nie wyjebałem się na plecy ze śmiechu, ale wtedy nie widziałbym min naszych bażantów. A miny mieli takie jakby wrąbali żywą żabę na śniadanie. Nooo! To by było na tyle, uciął krótko szef i wyprosił nas z kancelarii. Podchorążowie pewnie do końca życia zapamiętają, jak to rąbią węże.

WIZYTA WOJSKOWEGO MURZYNKA

Któregoś dnia zauważyliśmy, że na kompanii giną nam pieniądze pozostawiane w szafkach na czas szkolenia. Niestety nie była to sprawa jednorazowa i kradzieże, zaczęły się powtarzać. Nie bardzo wiedzieliśmy co z tym fantem zrobić, aż pewnego dnia przez zupełny przypadek przyłapaliśmy złodzieja. Okazał się nim żołnierz z naszego wcielenia, który spał razem z nami na sali. W trybie natychmiastowym zebrał się nieoficjalny sąd koleżeński i wydał wyrok. Tego samego dnia wieczorem po apelu i rozliczeniu bojowym punktualnie o 21:30 zgasły światła i położyliśmy się do łóżek. Po jakiejś godzinie usłyszałem szum na korytarzu.
Po chwili, drzwi od naszej sali zaskrzypiały, a w ich prześwicie zauważyłem kilkunastu smutnych panów. Nie mieli na sobie mundurów, butów wojskowych, ani żadnej odzieży militarnej. Wszyscy byli ubrani tylko w wojskowe, pasiaste piżamki i żołnierskie kapcie. Wyglądaliby jak żołnierze udający się do spania gdyby nie to, że wszyscy mieli na głowach założone kominiarki. Acha, pomyślałem. Oni tu na pewno nie przyszli się wyspać. Cichutko, jeden za drugim wchodzili do naszej sali. W pewnym momencie, żołnierz który kilka godzin wcześniej został złapany na kradzieży, leżąc w łóżku, podniósł się na łokciach i drżącym głosem wymamrotał. A wy do kogo idziecie?  Kilka sekund później już wiedział. W tym momencie pluton egzekucyjny ruszył do natarcia. Zadania mieli podzielone. Dwóch trzymało ręce, dwóch nogi. Kilku przytrzymywało, żeby się delikwent nie wyrwał. Inni ściągali spodnie piżamy, dbając o odpowiednie ułożenie nóg. Jeden był odpowiedzialny za zakneblowanie ust skarpetkami. Kilku stało na czatach. Gdy już pacjent był przygotowany, do sali wkroczył mistrz ceremonii. Miał podwinięty rękaw i założoną gumową rękawicę od OP1, wysmarowaną czarną pastą do butów. Mróz przeleciał mi po dupie na sama myśl co zaraz będzie się działo. A działo się i to sporo. Nie będę opisywał ze szczegółami jak wygląda wojskowe kręcenie torby i to w wersji hard, na tak zwanego „murzynka”. Nie jestem rasistą, ale do dzisiejszego dnia „murzynek” nie kojarzy mi się najlepiej. Wiele lat później mama mojej dziewczyny chciała mnie poczęstować ciastem. Masz może ochotę na murzynka – zapytała niewinnie. To była moja ostatnia wizyta w tym domu.

Powrót do góry
 
Easy AdSense Lite by Unreal